„Hazard był moim sekretem. W Licheniu nauczyłem się mówić prawdę – najpierw sobie”
Nazywam się Paweł i przez lata żyłem w dwóch światach. W pierwszym byłem odpowiedzialnym ojcem i pracownikiem, w drugim – człowiekiem, który potrafił przegrać całą pensję w jedną noc. Zaczęło się niewinnie: kupony „na emocje”, szybkie aplikacje w telefonie, krótki skok adrenaliny po wygranej. Przegrane odrabiało się „następnym razem”. Potem przyszły pożyczki „na chwilę”, kłamstwa w domu, tłumaczenia o „nieprzewidzianych wydatkach”. Najgorsze nie były długi, tylko poczucie, że tracę samego siebie – unikałem spojrzenia żony, dzieci, Boga. W niedzielę stałem w kościele i miałem wrażenie, że ktoś inny wypowiada słowa modlitwy za mnie.
Do Licheńskiego Centrum zadzwoniłem po tym, jak podpisałem kolejną umowę pożyczkową, której nie byłem w stanie spłacić. W słuchawce usłyszałem spokojny głos i proste pytania: „czy chcesz przerwać ten ciąg?”, „czy pozwolisz sobie pomóc?”. Na pierwszym spotkaniu nie usłyszałem wykładu o moralności, tylko opowieści ludzi, którzy znali uczucie wstydu po nocnym klikaniu i bezsilność wobec „ostatniej próby”. Po raz pierwszy nazwałem rzeczy po imieniu: to nie był „problem z finansami”, tylko uzależnienie.
Z terapeutą ułożyliśmy konkretne kroki: zablokowałem aplikacje i konta u bukmacherów, wpisałem się na listę samowykluczenia, oddałem żonie dostęp do finansów, spisałem wszystkie długi. Było twardo – telefony od wierzycieli, wstyd w oczach bliskich, odruch szukania „szybkiej ulgi”. W kręgu wsparcia nauczyłem się, jak rozpoznawać głód grania i co robić, kiedy wraca fala napięcia: wyjść na spacer, zadzwonić do kogoś z grupy, odłożyć telefon, odmówić krótką modlitwę. Usłyszałem też słowa, które rozbroiły mój bunt: „Twoja wartość nie zależy od sumy na koncie ani od liczby porażek”.
Najtrudniejsza była rozmowa z żoną. W Licheniu przygotowano nas do takiej szczerości – bez przerzucania winy, bez obietnic „już nigdy”. Powiedziałem prawdę i poprosiłem o zgodę na plan spłaty, na terapię par, na czas odbudowy zaufania. Nie było cudów: były granice, kontrola, czasem gniew. Ale pierwszy raz od lat miałem poczucie, że idziemy w jedną stronę. W kaplicy oddałem Bogu mój wstyd i lęk o jutro. Nie usłyszałem głosu z nieba – ale wyszedłem z przekonaniem, że nie muszę już żyć w ukryciu.
Dziś mija dziewięć miesięcy bez grania. Spłacam długi według ustalonego harmonogramu, prowadzimy domowy budżet, w telefonie nie mam „tych” aplikacji. Kiedy napięcie wraca, nie uciekam – dzwonię, rozmawiam, modlę się. Zacząłem znowu być obecny w domu: odbieram córkę z zajęć, gotuję sobotnie śniadania, patrzę ludziom w oczy. Wiem, że uzależnienie to choroba, która czeka na mój poślizg – dlatego wracam na grupy i trzymam się zasad. Licheń dał mi coś więcej niż „silną wolę”: dał mi wspólnotę, narzędzia i wiarę, że prawda jest początkiem wolności. Codziennie wybieram tę prawdę – czasem drżąc, ale już nie sam.
